
To stąd wywodzą się litery, które trafiły na okładkę mojej powieści. Stanęły obok siebie w tytule.
Pozwoliły się określić, przetrwały cięcia i rany kłute, nie pisnęły ani słówka zaduszane farbą. Zniosły wszystko cierpliwie dla autentyzmu niedoskonałości.
Chociaż one czarne – to teraz już chyba wszystko jasne?…
PS
Wycięłam je w dziesięć minut późną nocą, i miały być tylko na przykład, a zostały na zawsze.
