„Umberto”

Dawno, dawno temu napisałam do Umberto Eco. Były to czasy bez Facebooka, z Google jako początkującą wyszukiwarką, a więc zamierzchłe. Gdzieś tak w okolicach średniowiecza, bo przy pisaniu listu zamiast translatora używałam „Wielkiego słownika włosko-polskiego” w wersji papierowej.

„Napisałam do Umberto Eco” – to za dużo powiedziane. Po prostu zaadresowałam kopertę do odpowiedniego wydziału Uniwersytetu Bolońskiego, w którym profesor wykładał. Do środka włożyłam kartkę z kilkoma zdaniami i zwrotną kopertę ze znaczkiem, w której nadejść miał – tak sobie okrutnie optymistycznie imaginowałam – autograf. Tego, że jednak nie nadejdzie, zaczęłam być pewna od momentu, w którym moje palce straciły kontakt z listem, wrzucając go w czeluście skrzynki pocztowej.

W tym roku mija 10 lat od śmierci Umberto Eco, jednego z najsłynniejszych Włochów – profesora mediewisty, filozofa, pisarza. Intelektualisty ogromnej miary. We włoskich księgarniach pojawiła się właśnie książka „Umberto” (Wyd. „Le nave di Teseo”) autorstwa Roberto Cotroneo. Obaj panowie urodzili się w Alessandrii, i chociaż niektórzy podejrzewali, że są rodziną, to łączył ich jedynie (aż!) szczególny rodzaj przyjaźni, jaki wiązać może mistrza z uczniem.

Na książkę wpadłam zupełnie przypadkowo w Libreria Dante (wracając po oględzinach Katanii z dachu Monastero dei Benedettini). Jej pierwsze zdanie brzmi: „Poznałem go dzień przed tym, zanim zaczął wieść życie znanego pisarza”. Od razu wiedziałam, że muszę ją mieć.