Szepty na „Blizny”

Wychowana w Zagłębiu Dąbrowskim, gdzie ostrość widzenia regulowało się na horyzoncie rozpiętym między hucianymi kominami a kopalnianymi wyciągami szybowymi, mam do przemysłu stosunek niezaangażowany. Co najwyżej, w przypływie żalu, obwiniam go za wyziewy, z którymi byłam złączona pępowiną już od poczęcia.

Marta Tomczok, wychowana na Śląsku, jest przemysłem oczarowana i popełniła o nim już wiele tekstów. Do tego zestawu dopisała „Blizny. Krajobrazy po przemyśle” („Czarne” 2026). W jakiś sposób urzeka mnie fascynacja autorki przemysłem ciężkim. I lekkość, z jaką snuje opowieści o poprzemysłowym zanikaniu. „Blizny” napisała z czułością, z jaką należy blizny traktować.

Autorka jawi się tutaj niczym szeptucha ze Śląska. Na zagarnięte przez przemysł miejsca, które ten przeżuł i pogrążył w sobie, i po których zostały trudne czasem do zlokalizowania rany, przykłada opowieści. Uważnością na snute jej historie ludzi, którzy utracili swoje wsie, tworzy imaginarium miejsc, których już nie ma, bo miały czelność powstać na złożach węgla brunatnego, miedzi czy siarki.

Zdaje się resuscytować wspomnienia o wsiach, w których ustało krążenie ludzkie. Tam rodzono się, dorastano, ale nie było dane pomrzeć. Historie opisywane przez Martę Tomczok jak szpadel wbijają się w ziemię, żeby wywrócić ją na drugą stronę i pokazać, że pod warstwami przeobrażeń kryje się zwykła boleść, czyjaś krzywda. Bo nawet najsilniejsze przywiązanie i miłość do miejsc, które skrywały bogactwa naturalne, nie miały szans z państwowymi planami ich spieniężenia.

Na Łużycach, w Konińskiem, w Bogomicach, na Burowcu, w Ptasiej Dolinie, Szczygłowicach – między innymi tam autorka odczynia uroki, drepcząc w chłodzie, deszczu i mrozie po śladach dawnych istnień. W sumie to setki miejscowości, z których została tylko historyczna nazwa. Ich odkrywka jest możliwa już tylko w wyobraźni czytających „Blizny”.

To książka, która nawet przed ignorantami tematu i tymi, co w przemyśle nie widzieli nic fascynującego, potrafi uruchomić nagłą tęsknotę za miejscami, w których ani nie byli, ani ich nie znali. I to jej niewątpliwa wartość.

Mościłam się między zdaniami „Blizn”, czerpiąc przyjemność z czytania. A i obcowanie z tym tekstem wzmagało we mnie samej ochotę na pisanie.

Wydawnictwo Czarne