„Gołoborze”

Przejście przez „Gołoborze” Macieja Siembiedy jest niczym przechadzka czerwcowym wieczorem przez środek małej miejscowości (w której ludzie żyją z ziemi), i gdzie zza gęstych firanek domy patrzą na drogę pomarańczowymi ślepiami okien.

Przyjemnie i ciepło, pachnie sianem, słychać świerszcze i szczekanie psów, ale mróz przechodzi po plecach na wspomnienie zasłyszanych niegdyś zwierzeń: w tamtym domu kradli od zawsze, a w innym zabili. Wsi niespokojna, wsi niewesoła – można trawestować wers Kochanowskiego, żeby podać w skrócie 126 lat akcji „Gołoborza”.

To rzecz wplatająca historię i legendy Gór Świętokrzyskich w opowieść o wyimaginowanej wsi nieopodal Łysej Góry, gdzie dwa rody utrzymują we wrzeniu dziedziczoną nienawiść do siebie. Maciej Siembieda rozpisuje to na 517 stronach tak sprawnie, że chce się czytać – a i czyta się jakby samo.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio połknęłam równie szybko tak długą książkę.

Maciej Siembieda – pisarz, „Gołoborze”, Znak Literanova, 2025