
Przypomniałam sobie dlaczego lata całe nie pisałam, chociaż zawsze o pisaniu i publikowaniu roiłam. Otóż zawsze skutecznie powstrzymywał mnie ten widok. Ujrzałam go ponownie w jednym ze sklepów wielkopowierzchniowych. Kiedyś co tydzień robiłam tam zakupy. Wczoraj byłam pierwszy raz od lat, bo nie mieszkam już w pobliżu.
Będąc młodą bibliotekarką nieustannie zbierałam z uczniami makulaturę. Kiedy zgromadziliśmy odpowiednią ilość ładowałam wszystko do Multipli, aż siadało zawieszenie, i z prędkością 20 km na godzinę jechałam (na szczęście tylko kilometr) do pobliskiego skupu. Tam zamieniałam 400 kg papieru na 100 polskich złotych i cała w skowronkach planowałam zakupy do biblioteki.
To były jeszcze czasy, kiedy nie było np. Narodowego Programu Rozwoju Czytelnictwa i o funduszach na nowości biblioteki szkolne mogły tylko marzyć. Ja radziłam więc sobie tą makulaturą. Z tych 100 zł kupowałam jedną lub dwie nowości w hurtowni, a za resztę – na takich właśnie wyprzedażach – książki po 5 zł. Uwielbiałam je jako bibliotekarka, która nie ma kasy, ale nienawidziłam jako potencjalna i wyimaginowana autorka.
Kiedy oglądałam te ich nieprzebrane ilości i myślałam sobie, ile czasu musieli im poświęcić autorzy, redaktorzy, ilustratorzy i wydawcy, a teraz ich „dzieci” kwilą tam w stosach prawie za darmo, robiło mi się słabo. Bo oczyma wyobraźni widziałam tam też swoją książkę. Wtedy od razu, i na długo, przechodziła mi ochota na jakiekolwiek pisanie.
Znowu pooglądałam sobie takie obrazki. Jestem więc uleczona na długie miesiące.
