Namiętność nieustająca

Spotkałam wczoraj w centrum miasta B. moją nauczycielkę języka polskiego z podstawówki. Pani S. uczyła bardzo dobrze, ale była wymagająca i surowa. Na jej lekcjach siedzieliśmy najpiękniej jak się da, robiliśmy inteligentne miny i modliliśmy się, żeby tego dnia to nie nas wyrwała do odpowiedzi. 

W ósmej klasie mieliśmy napisać wypracowanie o wymarzonym zawodzie. Niektórzy nie wiedzieli jeszcze, co będą robili w przyszłości, wymyślali więc na potęgę, a ich wypracowania sytuowały się w kategorii opowieści fantastycznych. 

Niestety, nie mogłam swobodnie wypłynąć na ocean konfabulacji. Od dawna wiedziałam, że będę pracowała w bibliotece. Wiedziała o tym cała szkoła – niemal każdą przerwę spędzałam na pomaganiu w bibliotece szkolnej. Myślenie i mówienie o tym sprawiało mi frajdę, więc rozpisałam się wtedy na czterech stronach. 

Wypracowania oddaliśmy, a następnego dnia do klasy weszła Pani S., niosąc naręcza naszych zeszytów ze sprawdzonymi pracami. Rzuciła je na biurko z pewnej wysokości – usłyszeliśmy głośny plask, struchleliśmy. Mina nauczycielki była nieprzenikniona, ale obstawialiśmy, że nie jest zadowolona z naszych wypocin. Zapadła cisza i zawisła nad nami jak tępe narzędzie, które – tego się spodziewaliśmy – zaraz spadnie na nasze karki. I nie będzie to szybka śmierć. Bo raczej zrani, mocno poturbuje, a my będziemy musieli zatykać dłonią krwawiące rany, oddychać głęboko, starać się nie zasnąć i nie tracić świadomości aż dzwonek nie wyrwie nas z ławek, wolność polekcyjna nas nie uzdrowi i dopiero wtedy powrócimy do świata żywych – aż do następnej lekcji polskiego. W tę ciszę wdarło się nagle jedno słowo. 

– Tumas! – Usłyszałam wypowiedziane ostrym głosem wezwanie.  

Moje drżące nogi uniosły ciało nad krzesełko, na twarzy odprawiały się bezwolnie jakieś napięcia i naprężenia zmieniające rysy. “Matko… – pomyślałam. – Aż tak źle?…” 

Pani S. podniosła ze stosu zeszytów w kolorowych, plastikowych okładkach – mój. Trzymała go nad głową i wyglądała jak sędzia na meczu piłkarskim, który chce wręczyć zawodnikowi drugą już kartkę i tym samym wyeliminować go z gry, bo zeszyt Tumas Izabeli był w okładce czerwonej z małym przezroczystym okienkiem na karteczkę do podpisu. 

– Podejdź tu! – rzuciła tak samo ostro jak przed chwilą. 

Szłam jak na ścięcie, nie przełknęłam nawet śliny. I wtedy usłyszałam, i cała klasa usłyszała, że głos nauczycielki rozpływa się nagle jak czekolada zostawiona na słońcu. Słodko i z zapowiedzią przyjemności. Tak to pamiętam, bo Pani S. mówiła z uśmiechem, pokazując nam szereg ładnych, białych zębów: 

– A teraz przeczytaj – podała mi zeszyt otwarty już na wypracowaniu, a ja wzięłam go, jeszcze niepewna, co ma znaczyć całe to zajście. – A cała klasa posłucha, jak Iza barwnie opisała, że marzy o pracy w bibliotece. Piękne, piękne wypracowanie! 

Stałam na tle tablicy, trzymałam w rękach zeszyt. Miałam wtedy – pewnie jak zawsze – spleciony warkocz, i fartuch granatowy, nylonowy, z białym kołnierzykiem. Czytałam im, że książki przyprawiają mnie o drżenie, że uwielbiam między nimi przebywać, brać je do rąk, układać, spisywać, podawać czytelnikom, zapisywać wypożyczenia, dbać o ich nieustawiczne krążenie.  

Czytałam to wypracowanie tak, jak je pisałam – jakbym już pracowała w tej bibliotece, z ludźmi, co chcą książki brać, czytać i wymieniać, a ja o nie dbam, równo ustawiam na półkach i zmieniam okładki, jeżeli trzeba. 

Zrobiłam wszystko, żeby tak było. I stało się.

U mnie bez zmian.  Siedzę za biurkiem na parterze szkoły, której jestem absolwentką. W każdej chwili mogę wstać, wbiec na drugie piętro, uchylić drzwi do sali numer 50 i stanąć w tym miejscu, gdzie wiele lat temu czytałam sobie przepowiednię. Postać chwilę, pouśmiechać się z nostalgią.

Ostatecznie jednak muszę zejść na parter, gdzie krążę teraz wśród regałów, przekładam, układam, podaję, a kiedy siadam za biurkiem i wpisuję do inwentarza nowe książki to serce rośnie mi dokładnie tak samo jak w ósmej klasie, kiedy tylko o tym pisałam. I rozrasta mi się serce w ciele niczym bluszcz, włazi też do rąk, co odchylają właśnie okładkę książki, żeby przybić pieczątkę, wpisać pod nią numer, sygnaturę. Daje znać to serce, że ciągle tak samo cieszy go to wszystko, nawet tak mała rzecz jak zrobienie okładki foliowej. A najbardziej, że oni ciągle są. Cierpliwie czekają przy biurku i chcą ode mnie te książki pożyczać – z uśmiechem, z ciekawością, ze swoimi marzeniami. 

(Na fot. inwentarz książek biblioteki szkolnej z czasów, kiedy marzyłam, żeby móc sama je tam wpisywać.)